864 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga, Nook. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

“Tysiąc rupii”.... mój drogi pamiętniczku

Tysiąc rupii - Anna Kokesz

Wiele osób uważa, że Indie są w stanie zaskoczyć każdego, a podróżując przez ten kraj, na każdym kroku należy spodziewać się niespodziewanego. Stawiam niniejszym tezę, że podobnie ma się sprawa z polską literaturą na temat tego kraju. Nie wiem dlaczego, ale po lekturze książki “Indie. Głód Boga", sądziłem, że niewiele  mnie może w tej materii zaskoczyć. O tym, jakże się myliłem, przekonała mnie jednak lektura  “Tysiąca Rupii” Anny Kokesz.

 

“Tysiąc rupii” jest relacją polskiej nastolatki (jak sądzę) z wyjazdu do Indii w towarzystwie taty i siostry. Założenie wydaje się z początku sensowne: głowa rodziny wyjeżdża głosić na konferencji referaty o tematyce związanej z górniczo-hutniczą pracą naukową, a córki przy okazji mają szansę zobaczyć pierwszy raz Indie. Opowieść zaczyna się jeszcze przed dotarciem do Bombaju, a o sile wyobraźni autorki przekonać się można już na wstępie, gdy czuje ona zapachy indyjskich potraw tuz po zajęciu miejsca w samolocie, podczas kołowania na pas startowy.

 

Na dalszych kilkuset stronach narratorka prowadzi nas przez Indie widziane jej oczyma i ukształtowane jej wyobrażeniami. Historia skupiona jest na jej wspomnieniach, wrażeniach, odczuciach, wyobrażeniach jak i fantazjach.

 

Szeroka oferta handlu detalicznego w Indiach, obejmowała w 2003 roku również środki czystości (Delhi, 2003 r.)

 

 

Narratorka w swoim “pamiętniczku” kreśli zatrważający obraz dwóch tygodni pobytu w Indiach. No bo jak inaczej można rozumieć to, że przez ten cały czas nie zjadła ani ziarnka ryżu, a bodaj tylko raz spróbowała cokolwiek z indyjskiej kuchni? O ile jestem w stanie jeszcze jakoś zrozumieć żywienie się przez dwa tygodnie polskimi konserwami mięsnymi i pleśniejącym polskim chlebem podczas wyjazdu z Polski Ludowej na kapitalistyczny Zachód, o tyle robienie tego w XXI wieku w indyjskich miastach jakoś nie mieściło mi się do tej pory w głowie. Zupełnie niesłusznie, Indie mogą zaskakiwać na każdym kroku. No dobra, trochę przesadziłem, autorka wspomina jeszcze, że dietę wzbogacały od czasu do czasu chipsy, indyjskie piwo oraz kawa mieszana że stoperanem. No dobra, nie wspomniałem o wszystkim, indyjskie danie to był kalafior z ziemniakami. Mimo tego (a może właśnie dlatego), autorka często wspomina o głodzie dręczącym trójkę podróżników. A więc konserwowa dieta, to raczej nie był do końca komfortowy wybór...

 

Nie tylko jednak przegrzane, rozmiękłe polskie konserwy i głód doskwierają w podróży bohaterom opowieści. Narratorka raz po raz (trudno określić, czy z dumą, czy też rozbrajającą szczerością) wspomina także o brudzie. Dość zaskakujące było jednak dla mnie to, że opisy nie dotyczą tylko brudnych ulic indyjskich miast czy toalet. Dotyczą raczej jej samej! Indie jawią się jako kraj, w którym trzeba kupić dziesięć litrów wody butelkowanej (autorka nie wiedzieć czemu nazywa ją uporczywie wodą mineralną) aby wykąpać się w hotelu. W oczach narratorki, Indie to również kraina, w której brak jest mydła i szamponu, bo pod koniec wyjazdu głowę może umyć tylko resztkami polskiego mydła i szamponu, opalenizna na twarzy okazuje się być brudem… a mycie rąk pod koniec pobytu sprowadza się li tylko do pocierania ich o siebie pod wodą, bo w hotelowej łazience nie zapewniono turystom mydła. Całe szczęście, że był tam przynajmniej różowy papier toaletowy i główna bohaterka mogła go zabierać ze sobą. Ta rolka hotelowego papieru toaletowego noszona w plecaku, doczekała się nawet specjalnej wzmianki w tekście, bo “na wypadek potrzeb ewentualnych, nagłych, w azjatyckim klimacie wielokrotnych, stanowiło dla mnie wtedy nie lada ważną, podświadomą ciągłość bycia w Delhi, w Indiach”. Rolka papieru toaletowego z hotelu, jako podświadoma ciągłość bycia w Delhi… no cóż, Indie mogą zaskakiwać na każdym kroku…

 

Relacja autorki momentami bywa także dość zagadkowa. Nie do końca na przykład zrozumiałem, dlaczego narratorka niemal cały czas chodziła w brudnych i przepoconych ubraniach. Co rusz wspomina, że jeden nieświeży podkoszulek zamieniała na równie sfatygowany, ale taki, co chwilę leżakował wśród innych brudów. Noszenie brudnych ubrań nie wynikało chyba z braku środków pieniężnych. Domyślam się, że skoro stać ją było na przelot samolotem z Delhi do Jaipuru (260 km) to chyba i na proszek do prania by się parę rupii dało wyskrobać. Nie był to również skutek braku środków czystości w indyjskim handlu detalicznym. Wiem, bo sam będąc w Indiach dwa lata wcześniej niż autorka (2003), tego typu zakupy robiłem bez problemu. Może to przez brak czasu na pranie? Ale, żeby się tym od razu tak chwalić? Chyba jednak czegoś nie zrozumiałem…

 

Długo by jeszcze pisać o wspominanych w książce cudownych zapachach indyjskich potraw, których autorka nie spróbowała, przystojnych absztyfikantach, którzy zalotnikami byli tylko w jej wyobraźni i wpadkach kulturowych, których bohaterka nie zrozumiała. Daleki jestem od zachęcania kogokolwiek do lektury “Tysiąca rupii”, ale jeśli kogoś ciekawią wspomnienia z podróży w stylu pamiętnika nastolatki, albo szczegółowe wskazówki jak nie podróżować przez Indie, to przecież zabronić czytania nie mogę. Tym bardziej, że Indie to demokratyczny kraj i na każdym kroku czyha niespodziewane...