865 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

Indie, głód bloga

Indie glod Boga - Tokaj Tamara

 

„Indie. Głód Boga” to przykład pokazujący, w jaki sposób (moim zdaniem) nie organizować sobie wyjazdu do Indii i jak o nich nie pisać. Sądzę, że nie można zebrać luźnych tekstów z bloga i udawać, że powstała z tego książka. Ciągłe powtórzenia, błędy edytorskie czy wciśnięte na siłę teksty z różnych internetowych wpisów, tworzą niestrawną dla czytelnika mieszankę.

Oto autorka i narratorka zarazem, wraz z dwoma innymi osobami, wyrusza do kraju, który zna głównie (a może wyłącznie) z filmów i powieści. Nie wie wielu rzeczy, które powinna wiedzieć. Choćby tego, że na świeżo przybyłych turystów czyha spora grupa naganiaczy i naciągaczy. Aby poznać skrawek tego, co romantycznie sobie wyobraża jako prawdziwe Indie, musi przebić się przez ten mur. Na szczęście, po opłaceniu dość wygórowanego frycowego, trochę to do bohaterów książki dociera. Nie przeszkadza im to jednak karmić małp czy zatrudniać kolejnych nastoletnich przewodników czy rikszarzy, którzy „organizują” im cały dzień i później „nić sympatii, zdobyte zaufanie, pozór przyjaźni, zobowiązuje potem do przepłacania...”. A wystarczyło wcześniej przeczytać choć kilka akapitów w przewodniku. No, ale mądry Polak po szkodzie...

 

"Prowadzeni przez dwunastoletniego przewodnika, Rangnatha, obchodzimy jezioro od strony świątynnych grot. Bardzo troskliwy, uważnie podaje Joli rękę przy wspinaczce po skałach, przytrzymuje kolczaste gałęzie."

Tamara Tokaj "Indie. Głód Boga"

 

Autorka pokazuje też odpowiedź na niezadane pytanie, leżące u podstaw udanego wyjazdu. Brzmi ono: czy zabierać ze sobą do Indii osoby nastawione z góry negatywnie do tego kraju i oczekujące raczej wylegiwania się przy basenie niż pilnowania plecaków na kolejnym zakurzonym dworcu autobusowym? Odpowiedź wydaje się oczywista - nie zabierać! Ale niekiedy trzeba się o tym przekonać na własnej skórze. Autorka na przykład opisuje sytuację kryzysową, gdy „przygnębieni daremnie szukamy sklepu z alkoholem. Nie będzie wyciszającego drinka. Uspokaja nas dopiero wieczorna modlitwa”. Chwila zastanowienia przed wyjazdem pomogłaby uniknąć częstych sytuacji, gdy „mimo to, skłóceni, pocieszamy się dopiero modlitwą psalmami”. Może nie trzeba by wtedy poszukiwać sklepów z alkoholem, na przykład „w najbardziej zaplutym, śmierdzącym moczem zaułku Colaba Road”?

 

Men's Club (Madras, 2014 r.)

 

Ostatni akapit zakończony znakiem zapytania przenosi mnie gładko do sposobu narracji autorki. Nie przeprowadziłem szczegółowych badań, ale mam nieodparte wrażenie, że około 150% zdań w książce to pytania. Bez odpowiedzi... To zrozumiałe, że autorka nie rozumie wszystkiego naokoło, ale zarzucanie czytelnika garściami pytań i domysłów zaczyna być denerwująca już na pierwszych stronach tekstu. Szczególnie, kiedy cały akapit wygląda tak: „Po co lecę do Indii? Spojrzeć w twarz czemuś, co mnie przerasta? Przekonać się, że nic mnie nie może zmienić, wytrącić z kolein przyzwyczajenia i wygody?”. A koniec kolejnego: „Co czuję? Niepokój czy ciekawość?”. Otóż czytelnik, nawet cierpliwy, autorce raczej tego nie podpowie. Może mu jednak skoczyć ciśnienie, jeśli wspomniany zabieg pojawia się raz po raz.

Nie sprzyja odbiorowi tekstu fakt, że nawet myśl o telewizorze lub przejście obok budynku kina są dla autorki pretekstem do ciągnących się całymi stronicami streszczeń indyjskich filmów. Doceniam wkład autorki w poszerzanie zawartości polskiej Wikipedii, ale nie mogę zrozumieć celu zamieszczanie jej całymi garściami w książce. Szybka rachuba oparta na najnowszych narzędziach statystycznych, skłania mnie do opinii, że około 350% książki to streszczenia filmów i opis wrażeń autorki książki na ich temat. Po przeczytaniu, że „siedem filmów to tylko fragment kina marathi. Część z tych, które znam, a mam apetyt na kolejne. Bardzo chciałabym móc tu opisać takie filmy jak...” wpadłem już w prawdziwą panikę.

W tym kontekście bardzo uradował mnie fakt, że tylko dwa czy trzy razy narratorka miała w ręku indyjską gazetę. Takie zdarzenie skutkowało natychmiast obszernym omówieniem wyczytanych tamże artykułów. Strach pomyśleć, jaka by była objętość książki, gdyby indyjskie gazety po angielsku były bardziej dostępne na trasie przejazdu.

Poprzednie zdanie dobitnie wskazuje, że i ja za bardzo się rozpisałem... Szkoda czasu.