864 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga, Nook. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

Czytniki książek elektronicznych w Indiach

Indie to nie tylko turystyczne atrakcje, to jedna z większych gospodarek i jedno z liczniejszych społeczeństw świata. Jak wygląda tam sytuacja czytników książek elektronicznych?

 

Czytelnictwo

 

Indusi prawdopodobnie sporo czytają. Jako przykład bardzo często podawane są gazety codzienne. Indyjski rynek gazet papierowych to podobno jeden z nielicznych, który notuje co roku wzrosty sprzedaży. Podobno całkiem nieźle wygląda również sytuacja z książkami, choć statystyki na temat poziomu wykształcenia społeczeństwa indyjskiego nie prezentują się dobrze. Ale w drugim co do liczebności populacji kraju świata nie powinno być kłopotów ze zbytem najróżniejszych dóbr, również literatury. Problemem jednak pozostaje spora liczba osób nie umiejących czytać i pisać. Według spisów powszechnych analfabeci stanowią liczną, choć coraz mniejszą część społeczeństwa. O ile w 1981 była to ponad połowa ludności, o tyle według najnowszych danych (2011) to trochę więcej niż ¼ populacji tego kraju. Oznacza to, że obecnie mieszka w Indiach 780 mln potencjalnych czytelników. Oczywiście nie wszyscy mają potrzebę czytania a czasami i możliwość dotarcia do jakiejkolwiek literatury. Przynajmniej jednak gazety są widoczne w życiu codziennym miast, na indyjskiej czy choćby poprzez dostarczanie do hotelowych pokoi ale i w rozmaitych czasem niezwykłych sytuacjach. Gazety nie zawsze występują roli do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni żyjąc we współczesnej Polsce. Zapewne nie wszyscy pamiętają, że jeszcze nie tak dawno w naszym kraju gazety były powszechnie używanym papierem pakowym. Od sklepów monopolowych po budowlane. Tak samo jest teraz w Indiach.

 

 

Jedyny czytający w kolejce do mojego samolotu z Delhi do Madrasu (New Delhi, 2014 r.)

 

Podczas mojego pierwszego (2003) pobytu na subkontynencie indyjskim widziałem, jak ze szczególnym upodobaniem pakowano do gazet wszelkie produkty spożywcze. Widziałem też skąd biorą się te opakowania, bo wiele godzin spędziłem na dworcach obserwując jak dzieci troskliwie wyszukiwały prasę, aby ją następnie posortować i dostarczyć dworcowym sprzedawcom przekąsek. Kiedyś na przykład poszedłem w Delhi do knajpy kupić na wynos ciapati. Domyślając się pochodzenia gazet, w które je pakowano, wziąłem ze sobą torbę foliową, aby uniknąć owijania w gazetę nie pierwszej świeżości świeżych placków wyciąganych wprost z pieca. I co? Zamówione placki zostały wyciągnięte z pieca, torba do zapakowania została ode mnie przyjęta z pewnym wahaniem, po czym zgrabnie zawinięto mi placki z gazetę i tak opakowane włożono z życzliwym uśmiechem do mojej torby foliowej. Ale to było jeszcze przed upowszechnieniem foliowych opakowań i toreb „reklamówek”. Przez pewien czas widziałem jak całe Indie toną we wszechobecnych foliowych „jednorazówkach”. Dziś na szczęście folii jak i gazet z recyklingu (na przykład zbieranych na dworcach) używa się w sklepach jakby mniej. W większych sklepach za „reklamówki” trzeba na przykład płacić, na wielu straganach torebki są bardzo małe.

 

Proszek do prania i jego gazetowe opakowanie (Munnar 2014 r.)

 

Jednak stare nawyki i dostępność papieru z gazet wciąż są obecne. Oto w w tym roku Munnarze kupowałem paczkowany chleb (oczywiście okazał się przeraźliwie słodki) oraz kilka innych spożywczych drobiazgów. Ale poprosiłem też o dwie saszetki proszku do prania (każda 2 INR only). Sklepikarz pakował mi wszystko sprawnie do niewielkiej foliowej torby, ale przy proszku się zawahał. Chleb i herbatniki obok proszku? Nie za bardzo. Schylił się, sięgnął pod ladę i oto w jego rękach jak za sprawą czarodziejskiej różdżki pojawił się elegancko udarty kawałek gazety, którym saszetki z proszkiem zostały opakowane kilkoma wyćwiczonymi ruchami. Proste, tanie i dość skuteczne. Nie skończyły się na tym moje kontakty z keralskimi gazetami. Oto wsiadając do „turystycznego” samochodu przekonałem się, że rozłożona prasa codzienna może służyć jako nakładka na samochodowe dywaniki. Kierowca miał też taką gazetową nakładkę u siebie i nawet elegancko przed podróżą wyciągnął ją i wytrzepał tę stronę, która jemu leżała pod nogami. Gazety w ogóle a papier gazetowy w szczególności mogą więc spełniać wiele ról i niekoniecznie służyć do czytania.

 

 Gazeta chroni przed zabrudzeniem dywanik w samochodzie (Munnar, 2014 r.)

 

Książki i czytniki książek elektronicznych

 

W odniesieniu do książek również podawane są informacje o dynamicznym wzroście ich sprzedaży (http://goodereader.com/blog/e-book-news/book-market-in-india-registers-exponential-growth). Trudno jednak powiedzieć, jak to się przekłada na rynek książki elektronicznej. Indie są zapewne rynkiem, na którym warto być i jest chyba o co powalczyć, ponieważ są w tym kraju oficjalnie obecni są przynajmniej dwaj ogólnoświatowi rywale a mianowicie Kobo i Amazon. Amazon posiada oficjalny sklep amazon.in, natomiast Kobo (http://articles.timesofindia.indiatimes.com/2013-10-29/gadgets-special/43494407_1_kobo-glo-kobo-arc-kindle) obecne jest poprzez sklepy Croma, księgarnie WH Smith India i indyjską sieć Crossword Bookstores (księgarnie w kilkudziesięciu miastach oraz sklep crossword.in). Ta ostatnia teoretycznie ma w ofercie Kobo Glo, Touch oraz Aura HD, ale na ich stronie internetowej wszystkie są opisane jako wyprzedane. W dwóch pierwszych czytniki są dostępne.

 

"Kobo. Reading, reinvented" reklama w delhijskim sklepie (New Delhi, 2014 r.)

 

A jak to wygląda w praktyce? W tym roku (2014) udało mi się znaleźć jeden sklep z czytnikami. Nie poświęcałem na to jakoś specjalnie czasu, ale przy okazji zaglądałem w miejsca, gdzie czytników można się było spodziewać. Tak też się stało w Delhi na Cannaught Place, gdzie dostrzegłem sklep elektroniczny ulokowany w bezpośrednim sąsiedztwie kina Odeon (Radial Road 5, Connaught Place New Delhi, Delhi 110001; 28°38'3,49"N 77°13'15,10"E). I jak się okazało, ma też w ofercie czytniki. Z góry przepraszam za kiepską jakość fotografii. Już przy wejściu do sklepu ochroniarz nakazał mi oddanie plecaka a na wyciągnięcie aparatu zareagował zdecydowanie i zabronił go wnosić. Tak więc zdjęcia koniec końców wykonałem zwykłym aparacikiem zamontowanym w komórce.

 

Kindle 4 z ceną w rupiach (New Delhi, 2014 r.)

 

Do kupienia od ręki oferowane były cztery czytniki, które też są dostępne we wspomnianych wcześniej sklepach internetowych. Na stoisku można było przetestować trzy modele Kindle'a oraz jeden Kobo. Ceny wszystkich były takie same jak w sklepach internetowych. I tak Kobo Glo kosztował 10 999 INR (około 537 PLN), Kindle 4 - 5 999 INR (około 293 PLN), Kindle Paperwhite - 9 999 INR (około 488 PLN) i w końcu New Kindle Paperwhite 10 999 INR (około 537 PLN). No cóż. Poziom cen najlepiej opisuje chyba fraza: „szału nie ma”. A biorąc pod uwagę siłę nabywczą statystycznego Indusa można ten poziom uznać za zaporowy.

 

Kindle Paperwhite z ceną w rupiach (New Delhi, 2014 r.)

 

Nie dostrzegłem jakiegoś specjalnego przystosowania urządzeń do rynku indyjskiego, a sprzedawca miał pewne kłopoty ze wskazaniem indyjskiego autora, którego książkę mógłbym wyszukać bezpośrednio z czytnika w indyjskim Amazonie.

 

 Ulotka reklamowa Amazona na temat czytnikó Kindle (New Delhi, 2014 r.)

 

Czytnik w podróży (po Indiach i nie tylko)

 

Korzystanie z czytnika książek elektronicznych może dać wiele radości, szczególnie w podróży. Jakie są korzyści? Przede wszystkim można zabrać ze sobą kilka (eufemizm) książek nie obarczając specjalnie bagażu. Jeśli dźwiga się wszystko na swoich plecach, taki argument może być (nomen omen) ważki. Poza tym można czytać w okresach długiego oczekiwania na połączenia, czy po prostu w przerwie w podróży. Choć akurat ten argument w przypadku Indii może słabo się sprawdzać. Obserwacja ludzi na dworcu, nawet na lotnisku bywa dalece bardziej interesująca od książkowej lektury. Czasami też samo oczekiwanie na dworcu w warunkach indyjskich może być dość uciążliwe a to z okazji temperatury i wilgotności powietrza, warunków sanitarnych czy żywego zainteresowania jakie wzbudzamy u żebraków i innych podróżnych. Trzeci argument przemawiający za czytnikami to długie przejazdy lub przeloty. Indie są ogromnym krajem i dopóki się nie zmierzymy z odległościami dzielącymi miejsca, które chcemy odwiedzić, dopóty trudno to sobie do końca wyobrazić. Bywa zresztą i tak, że podróż zaplanowana na kilka godzin przeradza się w kilkunastogodzinną epopeję. W warunkach indyjskich trzeba być na to przygotowanym i czytnik może w takim przygotowaniu pomóc.

 

Uliczny sprzedawca książek (Mumbaj, 2014 r.)

 

Kolejnym argumentem za czytnikiem jest oszczędne korzystanie z baterii. W odróżnieniu od tabletów czy smartfonów, czytnik z ekranem z papieru elektronicznego nie wymaga ciągłego doładowywania baterii i można czytać i czytać i czytać... Warto tutaj podkreślić, że w odróżnieniu od polskich dworców kolejowych i autobusowych czy nawet lotnisk, znalezienie zestawu gniazdek służących do ładowania baterii na dworcu w Indiach nie jest trudne. Wystarczy rozglądnąć się za poczekalnią lub ścianą, przy której stoi/siedzi/kuca zbieranina niepasujących do siebie podróżnych. Nie będzie to podróżująca rodzina czy pielgrzymka a grupa zjednoczona zestawem gniazdek na ścianie i wpiętymi do nich ładowarkami. Gorzej, jeśli zatrzymujemy się w miejscach nękanych ciągłymi przerwami w dostawach prądu, wtedy ładowanie baterii może być utrudnione a wtedy objawi się wyższość czytnika nad innymi urządzeniami.

 

No i na koniec najważniejszy argument przemawiający za konkretnym czytnikiem, którego ja używam w czasie wyjazdów czyli Kindle 3 Keyboard. Posiadam wersję z łącznością 3G. Oznacza to, że w większości miejsc na świecie mogę bezpłatnie korzystać z internetu. Amazon wprowadził co prawda ograniczenie w ilości przesyłanych danych, ale przy umiarkowanym używaniu ja nie przekroczyłem do tej pory owej bariery. A wspomniane umiarkowane korzystanie to przede wszystkim łączność z bliskimi poprzez pocztę elektroniczną (w moim przypadku mobilna wersja poczty Yahoo), sporadyczne poszukiwanie informacji o odwiedzanych miejscach oraz blogowanie na żywo w terenie. Pisałem w ten sposób sporą część bloga w czasie podróży w roku 2012 (http://znowuindie2011.blogspot.in/) i 2014 (http://indiebangladesz2012.blogspot.in). W jednym z odwiedzanych miejsc (dolina Arakku; http://znowuindie2011.blogspot.in/2014/02/dzien-na-wsi-piatek-30-wrzesnia-2011.html) doszło nawet do takiej sytuacji, że lokalna komórka nie miała zasięgu (Vodafone India), nie było prądu, za oknem ciemno i komarowo, a ja mogłem sprawdzać pocztę na Kindelku przy załączonej latarce.

 

Mój Kinle 3 Keyboard z blogiem prowadzonym w 2011 r. (Visakhapatnam, 2011 r.) 

 

Porada turystyczna na dziś brzmi więc mało optymistycznie. Jeśli chcecie mieć ze sobą czytnik w Indiach, to kupcie go lepiej w Polsce. Jeśli chcecie pisać bloga w podróży, to Kindle 3 w wersji 3G się sprawdzi choć w większości turystycznych miejsc są kawiarenki internetowe lub wręcz łączność wi-fi w droższych hotelach. W północnej części kraju łatwiej o łączność 3G, natomiast na południu (Tamil Nadu, Kerala) z trudem można korzystać z internetu poprzez EDGE. W północno-wschodnich stanach (np. Tripura) zarówno Kindle jak i komórki na kartę (prepaid) nie mają żadnej łączności.