864 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga, Nook. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

Powieść narracji zagmatwanych

Bóg rzeczy małych - Arundhati Roy

„Bóg rzeczy małych” Arudhati Roy stanowił dla mnie nie lada wyzwanie. Dla zobrazowania moich zmagań mógłbym w zasadzie powiedzieć tyle, że książka zaczyna się właściwie gdzieś w okolicy strony 270, a całość liczy w sumie stron 378. W tymże momencie miałem wrażenie, że coś się stało z autorką. Coś jakby: „O jejku, już czas oddać tekst do wydawnictwa a ja biedna w lesie! Nie pora na wyszukany styl, miotanie się bohaterów w czasie i ględzenie o niczym. Czas się zabrać do roboty i skończyć, co się zaczęło...”. A szkoda, bo mogła to być niezła powieść. Niestety autorka dała się ponieść, jak to określają na okładce, „kunsztownej narracji”. Ja się w niej niestety zupełnie zagubiłem i aż do strony 270 miałem wrażenie raczej zasysania w bagno niż zagłębiania się w treść.

 

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, za to narracja jest skomplikowana aż zanadto. Do indyjskiego miasteczka w Kerali przyjeżdża wraz z córką była żona jednego z mieszkańców starego domu starej chrześcijańskiej rodziny. Od samego początku wiemy, że ten przyjazd skończy się wielką rodzinną tragedią (więc pisząc to nie zdradzam bynajmniej zakończenia). Już po kilku stronach wstępu padają słowa o pogrzebie, trumience i rodzicielskiej rozpaczy. Nad całością opowieści unosi się śmierć i czytelnikowi raz po raz się o tym przypomina. Jednak wyjaśnienie wydarzeń, które doprowadziły do tak smutnego początku i końca znajdują się dopiero na końcu książki. I to nie jest złe. Zajmują jednak raptem kilka akapitów, czytelnik może mieć więc wrażenie, że wielkie oczekiwanie zakończone zostaje krótkim „a to było tak”.

Trudno było mi jednak dobrnąć do końca. Autorka wystawiła mnie na ciężką próbę. Gubiłem się w opisach, czasach i miejscach. Oto próbka tego, o czym piszę:

„Sophie Mol, w dzwonach, ukapeluszniona i Od Początku Kochana, opuściła Spektakl, aby sprawdzić, co robi Rahel, za studnią. Lecz Spektakl udał się za nią. Szedł, kiedy ona szła, zatrzymywał się, kiedy ona się zatrzymywała. Posyłał jej pełne uczucia uśmiechy. Koću Maria opuściła tacę z ciastem, aby nie zasłaniała jej wielbiącego uśmiechu, kiedy Sophie kucnęła w przystudziennej mazi (żółte spody dzwonów teraz mokre i ubłocone).”

 

Sprzątanie ulicy (Mumbaj, 2011 r.)

 

W książce jest kilka bardzo ciekawych, z wyczuciem opisanych realiów życia w chrześcijańsko-hinduistycznej społeczności, gdzie mieszają się reguły życia biednych i bogatych, dotykalnych i niedotykalnych a hinduizm czy chrześcijaństwo stoją jakby z boku pierwotnych, prastarych i fundamentalnych praw rządzących opisywaną społecznością. Na przykład taki opis:

„Pappaći nie wpuszczał parawanów do domu. Nikt ich nie wpuszczał. Nie wolno im było dotykać niczego, z czym mogliby mieć kontakt dotykalni. Kastowi hindusi i kastowi chrześcijanie. Mammaći powiedziała Escie i Rahel, że pamięta z dzieciństwa czasy, kiedy parawanowie mieli obowiązek oddalać się tyłem i ścierać miotłą ślady swych stóp, aby bramini czy chrześcijanie syryjscy nie skalali się, następując na nie.”

I dla takich nielicznych perełek mogę tę powieść polecić tym, którzy mają duże pokłady cierpliwości lub zamiłowanie do „kunsztownej narracji” i nie boją się zagubienia w opisach i swobodnych przeskokach w czasie.

 

 

P.S.

W wielu książkach jest jakiś element powtarzający się raz za razem. W kryminałach jest to zazwyczaj coś w rodzaju „wyciągnął papierosa ze zmiętej paczki i zapalił z widocznym zadowoleniem”, w książkach o amerykańskich wojskowych może to być "i pokazał mu środkowy palec". U Arudhati Roy są to wymioty, które pojawiają się przeciętnie częściej niż raz na rozdział (rozdziałów jest w sumie 21). Czyżby „Delhi belly”?