864 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga, Nook. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

„Cień góry” - w cieniu kiczu

The Mountain Shadow - Gregory David Roberts

 

„Cień góry” był ostatnio jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie e-booków. Kupiłem go więc zaraz po premierze. Cieszyłem się na kontynuację „Shantaram”, która jest dla mnie udaną współczesną wersją powieści awanturniczych (coś w rodzaju „płaszcza i szpady”). „Shantaram” nie jest powieścią wybitną, ale dzięki ulokowaniu jej akcji w Bombaju, posiada trochę indyjskiego kolorytu i z tego powodu ma dla mnie wiele uroku. I tu dochodzimy do „Cienia góry”.

Kontynuacja „Shantaram” jest dla mnie kandydatem na największe rozczarowanie czytelnicze roku. To, co trochę irytowało w pierwszej części, tu urosło do gigantycznych rozmiarów i mnie osłabia. Spośród wielu drzazg, które mi się wbijały w głowę podczas lektury, wymienię trzy największe.

Po pierwsze – wielkie słowa a małe efekty. Główny bohater ma wokół siebie wiele osób, które nazywa braćmi i przyjaciółmi. Ale raz po raz się okazuje, że masa trzecich osób wie o jego braciach rzeczy, o których on nie ma zielonego pojęcia. Choćby mieszkają od dwóch lat w pobliżu, nie powiadamiając go o tym. Mieszkają blisko, całe lata nie dają znaku życia, ale są braćmi i przyjaciółmi na śmierć i życie! Porażka.

 

„– Abdullah ciągle tam jeździ. Nie wspominał ci o tym?

Coś się we mnie zachwiało. Cieszyłem się, że Chalid żyje i ma się dobrze, ale poczułem się zdradzony w przyjaźni, i moje serce zadrżało.

To nie może być prawda.

Są dwa rodzaje prawdy – odparła Karla z cichym śmiechem. – Ta, którą chcesz usłyszeć, i ta, którą powinieneś usłyszeć.”

Gregory David Roberts „Cień góry”

 

"A mój motor towarzyszył mi we wszystkim, tak jak ja jemu" (Chennai, 2014 r.)

 

Po drugie – wielkie słowa a taki sobie bełkot. Otóż autor książki denerwował mnie nieustannie tak zwanymi aforyzmami, które raz po raz rozbijały nastrój książki, niczego nie wnosiły poza kolejnymi linijkami zapełnionymi tekstem. Przepis na to wydaje się prosty i myślę, że działo się to tak. Autor miał trzy pojemniki, a w każdym z nich karteczki. Pierwszy pojemnik zawierał wielkie słowa: miłość, samotność, smutek, czas, przyjaźń, oddanie, grzech, pożądanie, życie, prawda, czas, boskość, dobro, zło, lojalność, zdrada, człowiek, mężczyzna, kobieta itp. Drugi pojemnik, jak sądzę, był zbiorem przymiotników: bezkresny, przejmujący, przenikający, samotny, ciążący, ulotny, gorzki, słodki, słony itp. No i trzeci pojemnik, wypełniony był wielkimi słowami, ale jednak trochę mniejszymi niż te w pierwszym pojemniku: przemijanie, przestrzeń, pociąg, rower, guzik, szaleństwo, rzecz, nóż itp. Sądzę, że następowało losowanie z każdego z pojemników po jednej karteczce i zapisywanie w ten sposób strony po stronie, akapit po akapicie, zdanie po zdaniu. Jeśli tak skonstruowana myśl dopasuje się do akcji, narracji lub nastroju bohaterów, zawsze można dopisać rozwinięcie. Im bardziej górnolotne, tym lepiej. Wychodzi wtedy coś w rodzaju „miłość to góra, która cię zabija za każdym razem, gdy się na nią wspinasz” albo „czas to błona, tkanka łączna, i można go skaleczyć” czy „czas to żywa istota, tak jak my, która rodzi się, żyje, umiera”. Ale nie można zapominać, że książka powinna trafiać do szerokiego spektrum odbiorców. Można więc od czasu do czasu trafić w tekście na coś bardziej dosadnego, choćby „uważaj na karmę, bo cię ugryzie w dupę”. Nie powiem, czasami trafiają się dobrze skonstruowane zdania i myśli w ciekawy sposób malujące klimat opowieści, ale jest ich mniejszość i toną w tonach pustych słów. Choć może ja po prostu tego nie jestem w stanie pojąć. Przyjmuję i taką możliwość.

Po trzecie – wiele gangsterki, mało Indii. „Cień góry” jawi mi się jako kolejna gangsterska ballada. Tego zadźgali, tamtego zastrzelili a jeszcze innych spalili. Choć bohater jest teraz bardziej uduchowiony, odwiedza mędrców i aśramy, to w książce Indii ubyło na rzecz uchodźców z Zachodu, pomieszkujących w Bombaju i trudniących się występkiem. I to był gwóźdź do trumny całej opowieści. Trudno.