865 Obserwatorzy
22 Obserwuję
cyfranek

Cyfranek - Cyfrowe czytanie

Czytniki książek elektronicznych, e-booki. Recenzje i testy czytników Amazon Kindle, PocketBook, Tolino, Kobo, Cybook, Icarus, Sony, TrekStor, Dibuk Saga, Nook. Kontakt: cyfranekblog@protonmail.com.

Niezły pomysł na indyjską sagę, ale wykonanie trochę mnie przerosło

Poszukiwacze szczęścia - Tishani Doshi

Niezły pomysł na indyjską sagę, ale wykonanie trochę mnie przerosło

Po „Poszukiwaczy skarbów” sięgnąłem oczywiście wiedziony „indyjską” okładką i „indyjską” tematyką. Sięgnąłem poruszony stwierdzeniem wyczytanym w opisie książki, że „Indie zaś stają się tłem poruszającej historii ich rodziny”. A rodzina nie jest taka całkiem zwyczajna, wyróżnia ją kilka cech, które nie grają jednak w całej historii jakiejś szczególnej roli. Otóż główny bohater pochodzi z bogatej rodziny dżinistów. Dość niezwykły jest na przykład fakt posiadania przez nich pod koniec lat '60 XX wieku własnego samochodu osobowego. Sprawdziłem, statystyki podają, że w roku 1971 w Indiach było 682 tys. samochodów osobowych (prywatnych i państwowych), które przypadały na ok. 567 mln mieszkańców. Daje to wskaźnik nieco ponad 1,2 samochodu na 1000 mieszkańców. Fakt, że rodzina głównego bohatera posiadała wtedy prywatne auto świadczy o jej wysokim statusie materialnym. A nie była to rodzina maharadżów, lecz właścicieli rodzinnej fabryki farb.

 

Tata Nano - najtańszy samochód na świecie (Mumbaj, 2011 r.)

 

Histira zaczyna się, gdy syn właściciela fabryki wyrusza na studia politechniczne do Londynu i tak zaczyna się ciąg rodzinnych doli i niedoli. Przede wszystkim zakochuje się w Walijce i to jest kolejnym szczególnym wyróżnikiem opisywanej rodziny. Sama autorka jest córką Walijki i Indusa, więc całkiem możliwe, iż opisane w książce perypetie rodzinne mają sporo wspólnego z doświadczeniami pisarki.

 

Sam pomysł konfliktu pokoleń na tle błyskawicznych przemian świata drugiej połowy XX wieku i zmieniających się Indii, jest pomysłem niezłym. Jednak wykonanie zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. W książce przeszkadzał mi przede wszystkim sposób pisania, a w zasadzie raczej relacjonowania tego, co się dzieje, czy co się wydarzyło. Tak, jakby autorka opowiadała raczej o czym chce napisać, ale bała się tego w sposób zaangażowany opisać. Druga cecha „Poszukiwaczy szczęścia”, która mi się nie podobała to fatalizm. Poniższy cytat chyba dobrze charakteryzuje to, co mam na myśli: „Teraz też tworzą uroczą parę, gdy stoją tak blisko siebie, promiennie uśmiechnięci. Każdy widzi, że osiągnęli punkt szczytowy - nie młodości ani nawet piękna, lecz jakiegoś absolutnego i całkowitego wzajemnego uwielbienia. Taki punkt szczytowy to bardzo niebezpieczny moment życia, ponieważ to, co się wzniosło, nieuchronnie musi spaść.”. Zgadzam się, że szczęście nie jest wieczne, że należy go sobie stworzyć czy choćby poszukać, ale fakt, że zaraz i tak stanie się coś złego, bo nie ma innej możliwości, wcale mnie w książce nie pociąga.

 

Po indyjskiej autorce spodziewałem się więcej realiów indyjskiego życia, więcej wspomnianej na wstępie „indyjskości”. Ale (na moje nieszczęście) Tishani Doshi raczej próbowała się wczuć w rodzinne rozterki młodości, dorastania i starości. Poza głównym bohaterem, pomagały jej w tym dwie kobiece postacie pierwszoplanowe: jego żona (wspomniana Walijka) oraz babka. Obie dysponują mocami wkraczającymi niemal w świat magii. Dotyczy to głównie odczuć i przewidywania katastrof... „- To dziwne - stwierdziła Siân. - Mam wrażenie, że Bean wzywa mojej pomocy. Wiem, to brzmi, jakbym była kompletnie stuknięta, ale podobnie było kiedyś z Nain, zanim dostała udaru. Przez wiele miesięcy wydawało mi się, że słyszę, jak do mnie woła.”

 

Nie chcę odbierać radości czytania tym, którzy lubią taką literaturę: rodzinne sagi okraszone rafami gorących uczuć, następstwa pokoleń, narodzin i przemijania. Nie zdradzę, czy książka jest katastroficzna, czy też kończy się happy endem.

 

Sądzę, że powieść może się spodobać miłośnikom (miłośniczkom raczej) rodzinnych sag i tzw. literatury kobiecej. Więc kto lubi, nich sam się przekona czy warto. Ja po prozę Tishani Doshi raczej już nie sięgnę.

 

Recenzja bierze udział w konkursie „Czytanie: 802% normy” http://www.koobe.pl/121,a,konkurs-dla-blogerow.htm